sobota, 25 lutego 2012

25.02.2012 - sobota 7 doba po przeszczepie ( 4 po operacji Krwiaka głowy)

Dzisiaj w sobotę Maja czuje się tak samo jak wczoraj, na razie nie ma żadnej poprawy. Tzn lekko ruszą lewą rączką od łokcia do palców, niestety nóżką nie rusza w ogóle, nawet najmniejszym paluszkiem. Ale ma czucie na skórze.
Doszła jeszcze jedna sprawa Maja sie boi jest bardzo przerażona tym że nie bedzie mogła chodzić. Pocieszam ją i mówię że będzie dobrze. Ona już kilka razy miała stan osłabienia po cyklach chemioterapii i nie miała sił chodzić i wie jak to jest. Teraz jest to sprawa poważniejsza bo nie jest to osłabienie tylko niedowład. Mam ogromną nadzieję w rehabilitacjach. Dziś przychodzi neurolog.
Godzina 18 był neurolog. Niestety nie wiadomo co dalej z Mają. To czy sie cofnie niedowład ponoć zależy tylko od Mai i możemy zacząć już delikatne neurorehabilitacje.

Dziś niestety o godzinie 13 u Mai znowu wzrosło ciśnienie ( to drugie do 100). O godzinie 15 było: 140/101. W nosku odrobinę krwi, Maja ogólnie czuje się gorzej niż wczoraj ale nie narzeka na coś konkretnie, jeszcze nic nie zjadła. Przez dwie godziny Majeczka miała wysokie ciśnienie, w końcu pomogły leki i ciśnienie jest na swoim poziomie.
Ale co się dzieje? Znowu jest weekend, znowy jakieś niespodzianki, nie lubimy weekendów. I co dalej? W poniedziałek mamy zaczynać konieczne i tak opóźnione leczenie poprzeszczepowe, które samo z siebie generuje wysokie ciśnienie.


Dzięki Wam za wszystko!!! Teraz już wiemy, że te "życzliwe" osoby, oczerniające są wśród nas. Maja za głośno krzyczała, teraz jest spokój nie krzyczy, jest sparaliżowana. Czy mają satysfakcję? To ich sprawa. Ale nie o tym chcę pisać i się tym nie przejmuję. Liczy się tylko Maja i jej życie.

Niestety nie chcę sie wdawać w beznadziejne dyskusje ale napisze w pewnej sprawie. Chodzi do podawanie frytek i skrzydełek i przepustek do domu w 2011 r o których pisali pieniacze. Oczywiście Maja jadła raz domowe ziemniaki pokrojone w plasterki i pieczone w naczyniku żaroodpornym. Niestety nie za bardzo jej smakowały bo nie były chrupiące i już więcej nie robiłam. Chciałam jej dogodzić i dzieci po przeszczepie jak i przed mogą jejść pieczone w naczyniach potrawy. Niestety nie smakowały jej. Zaś co do skrzydełek to Maja uwielbia tę potrawę. Są to domowe duszone w garnku skrzydełka we własnym wywarze i rosole z przyprawami. I tak sie składa, że potrawa jest domowa i jest to nasz rodzinny przepis od lat, kto do nas przychodzi je zna (choć dla Mai jest i tak zmieniony) i szkoda że teraz już ich nie je, bo powinna jejść mięsko. Białko jest bardzo ważne w diecie. Niestety straciła apetyt. Maja wszystko co je, je za zgodą lekarzy i je tylko posiłki domowe przygotowywane przeze mnie i babcię. Maja nie je nawet szpitalnego jedzenia (nie mówiąc o gotowcach ze sklepu) i dzięki temu w 2009 r uchroniła się przed rotawirusem (ja zjadłam szpitalny rosół i chorowałam). Nie wiem kto mógł pomysleć, że przyniosłam dziecku skrzydełka KFC i z tego co słyszałam to one są bardzo pikantne (bo nawet sama ich nie jadłam).
A co do wychodzenia na przepustki do domu na kilka godzin w dniach między cyklami chemii, zawsze mieliśmy pozwolenie lekarza i byliśmy wpisani do zeszytu wyjść i było to w 2011 roku. Te wyjścia zaledwie kilka dni do dziś miło wspominam i dzięki nim Majeczka tak szybko wracała do zdrowia. W domku szybko się regenerowała i nabierała apetytu aż lekarze byli zdziwieni w jak dobrej formie wracało dziecko.
Współczuje rodzicom i ich dzieciom, którzy mają takie zdanie, że wyjście do domu na przepustkę i domowe jedzenie przygotowane specjalnie dla dziecka może zaszkodzić. Może zadroszczą, że o Mają się tak troszczymy i że ma nasza bezgraniczną miłość i wszystko co najlepsze. A już co wspólnego te bezpodstawne zarzuty mają z dzisiejszym paraliżem Mai, który jest sprawą nadrzędną i o którym piszemy?

I my nie oczekujemy żadnej litości i nie chcemy jej wzbudzić, wręcz przeciwnie sami dajemy sobie radę z wieloma rzeczami i wierzymy, że ta walka zakończy sie sukcesem.